Dzisiejsza rodzina
Przykryci miękkim pledem, trzymając w dłoniach filiżanki z gorącym kakao, siedzimy wtuleni w oparcie kanapy i oglądamy w telewizji stary western. A przed oczami przesuwają się chwytające za serce sceny, przedstawiające pionierów zmierzających na Zachód w wielokonnych krytych wozach – czegóż więcej można pragnąć w deszczowy, chłodny jesienny dzień? W owych wozach toczących się przez bezkresną prerię, wypełnionych po brzegi pełnymi nadziei osadnikami, jechali zazwyczaj mama, tata, dzieci oraz tylu krewnych, ilu tylko mogło się zmieść. Były to stare dobre czasy, kiedy rodziny musiały borykać się z najróżniejszymi niebezpieczeństwami i przeżywać razem najrozmaitsze przygody, jakie napotykali na drodze do nowego życia. Te wizerunki rodziny, przepełnione romantyzmem rodem z Hollywood, do dzisiaj w wielu z nas budzą tęsknotę. Owe filmowe epizody bowiem pokazują nam, jak kilka pokoleń może żyć obok siebie, wychowując dzieci i razem gospodarząc na ziemi, z uwagą skupioną na wspólnych celach ekonomicznych. W filmach tych przedstawiano także walkę, jaką poszczególne pokolenia toczyły o władzę, samostanowienie i kontrolę nad całością. Jednakże przede wszystkim było tam obecne coś, czego zdaje się brakować we współczesnym życiu rodziny: wola wytrwania i cierpliwego znoszenia różnych sytuacji po to, aby budować i podtrzymywać związki z rodzicami, teściami i dziadkami. W wypadku pionierów wynikało to z konieczności. Potrzebni byli ludzie, którzy zaludnialiby zakładane i rozrastające się wciąż miasta. Liczyły się każde ręce, zdolne do pracy na rodzinnej farmie. Wielopokoleniowe rodziny były niezbędne, żeby przekazywać umiejętności i wiedzę z pokolenia na pokolenie. Było to być albo nie być ówczesnych społeczności, a także etos tamtych czasów. Rodziny przezwyciężały liczne konflikty i nieporozumienia oraz otaczały się nawzajem miłością w niegościnnym środowisku słabo zaludnionego Zachodu. Oparcie i komfort znajdowano właśnie w rodzinie.
Wraz z urbanizacją Ameryki liczebność członków w obrębie rodzin malała. Nie potrzeba już było wielu dzieci, które mogłyby pracować na farmie. Kiedy młode małżeństwa przenosiły się do miast, żeby tam szukać szczęścia, często pozostawiały rodziców i teściów na ich wiejskich farmach. Ale i ten etos, owo rodzinne wsparcie i troska o jedność rodziny, także zostawały za nimi. Rewolucja przemysłowa sprawiła, że zaczęto cenić niezależność i osiągnięcia indywidualne, spychając model wielopokoleniowej rodziny na dalszy plan.
W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku urbanizacja była ostatnim krzykiem mody. Młode małżeństwa wyznawały pogląd, że miarą sukcesu jest zdolność zarabiania, niezależność, wykształcenie i umiejętność przystosowania się. Młodość stała się czymś cennym, a za idealną rodzinę uważano statystyczne małżeństwo mające dwoje, troje dzieci. W takim świecie nie zostało wiele miejsca dla rodziców i teściów. Antropolog Margaret Mead skomentowała tę sytuację w artykule zamieszczonym w czasopiśmie „New Realities”. „Dotąd nikt nie wymagał, żeby podstawowa rodzina: rodzice plus dzieci (nuclearfamiły) żyła całkiem sama w pudełku, jak to ma miejsce dzisiaj. Bez krewnych, bez wsparcia, zostaliśmy postawieni w niezwykle trudnej sytuacji”.
Dzisiaj rodziny dotarły do ostatecznej granicy. Globalizacja wniknęła do ich wnętrza i zmieniła sposób, w jaki wyobrażamy sobie ważne związki w rodzinnym krajobrazie. Dzieci opuszczające rodziców wyprowadzają się do innych miast i stanów, a nawet osiedlają się w innych krajach czy kontynentach. Praca, a nie więzi rodzinne decydują o tym, gdzie będzie mieszkać młoda para. Nadto teraz i rodzice poddali się temu stylowi. Oni także dopasowują się do modelu mobilności i niezależności. Czasem też rezygnują z nie- ruszania się z miejsca.
Stworzyliśmy społeczeństwo rodzin izolowanych społecznie. Wzajemne związki zostały nadwerężone przez odległości, pracę i etos „ja” umacniający się przez ostatnie trzydzieści lat. Wartości rodzinne to dzisiaj frazes polityczny, ale za jego pustą retoryką kryje się autentyczna tęsknota do czasów, kiedy rodziny żyły bliżej siebie, a świat był mniejszy. Pary małżeńskie na powrót zaczynają odczuwać potrzebę uczenia się dawnej sztuki prawdziwych kontaktów z rodzicami. Coraz większa ich liczba przeprowadza się w rodzinne strony, żeby być bliżej swoich krewnych. Jednocześnie zaś rodzice oraz teściowie na stare lata przenoszą się z miejsc rodzinnych, żeby znaleźć się bliżej dzieci. Istnieją miliony powodów tych wszystkich zmian i przenosin, a dla każdej rodziny są one jedyne w swoim rodzaju. Jednakże kryją się pod nimi konkretne siły działające na poziomie społecznym. Konieczność ekonomiczna zmusza oboje rodziców do intensywnej pracy, żeby związać koniec z końcem, więc niektóre rodziny zamieszkują blisko dziadków, by zapewnić dzieciom godną zaufania opiekę. Wiele małżeństw przeżywa trudności finansowe i musi korzystać z pomocy rodziców, od których przez jakiś czas były już niezależne. Dla innych zaś jedynym powodem przeprowadzenia się bliżej rodziców jest to, by dzieci mogły nacieszyć się kontaktem z dziadkami. Ponadto rodzice żyją obecnie dłużej, co dla ich dzieci oznacza konieczność radzenia sobie z rosnącymi obowiązkami rodzinnymi.
Odkrywanie, jak zbudować i podtrzymać upragnione związki z rodzicami i teściami, zachowując jednocześnie integralność własnego małżeństwa, może być największym wyzwaniem w życiu młodej rodziny. Rola rodziców w kształtowaniu, podtrzymywaniu i ukierunkowaniu małżeństwa może być ogromna. Czy robią to głośno, czy po cichu, z odległego miejsca, czy tuż zza ściany, ich wpływ jest odczuwalny w każdym małżeństwie. Pary decydujące się na zacieśnienie związków emocjonalnych lub przebywanie blisko rodziców lub teściów muszą nauczyć się tymi związkami kierować. Wielu sceptyków uważa, że bliskie relacje z rodzicami są niemożliwe. „Po co starać się być bliżej?” – pytają. „Dlaczego nie przyjąć oferty i nie zostać w Japonii jeszcze dwa lata? Telefon jest pod ręką, jeśli tylko zapragniemy pobyć trochę w tym emocjonalnym gnieździe szerszeni”. Niestety, tak naprawdę nie ma wyboru. Nawet jeśli przeniesiemy się na skraj świata, wpływ naszych rodziców trafia wraz z nami na pokład boeniga 747 i dociera do Tokio wraz z pozostałym bagażem.
Może nas trochę pocieszy, że nie tylko ludzie mają problemy ze swoimi rodzicami i teściami. Samiczki żołny mają teściów, którzy mogliby zepsuć każde małżeństwo. Kiedy ich młody syn opuszcza gniazdo, żeby założyć własną rodzinę, ojciec zaczyna codzienne przyjacielskie wizyty u państwa młodych. Niezależnie od tego, jak miłe będzie jego zachowanie (radosne podśpiewywanie i wesołe, żwawe podfruwanie tu i tam), celem jest przeszkodzenie młodym w uwiciu gniazda. Będzie starał się manipulować i słodkim ćwierkaniem mamić syna, by powrócił do domu i pomógł przy kolejnym lęgu. W końcu zmusza go, żeby porzucił żonę samą w gnieździe, z gromadką piskląt. Przeprowadzone w 1992 roku przez doktorów Emlena i Wrege’a z Uniwersytetu Cornell badania nad żołnami wykazały, że młody małżonek żołny przez 40 procent czasu przebywa z dala od swojej samiczki, poświęcając pozostały czas potrzebom ojca. Oczywiście oburzamy się na wtrącającego się teścia oraz żywimy wyłącznie pogardę dla przejawiającego słaby charakter młodego żonkosia, który nie umie powiedzieć „nie” i pozostać w gnieździe ze swoją żoną.
Bądźmy jednak szczerzy – ilu z nas może uczciwie powiedzieć, że zawsze dokonuje wyborów jak najlepszych dla naszego małżeństwa i że stawiamy zdecydowany opór subtelnym bądź mniej subtelnym naciskom ze strony swoich rodziców? Ilu z nas jada dwa niedzielne obiady, gdyż nie wie, jak powiedzieć „nie” zapraszającym nas rodzicom? Ile razy staczaliśmy walkę ze współmałżonkiem albo spędzaliśmy długie wieczory pełne tłumionej wściekłości z powodu męża, który zaplanował spędzić kolejny weekend na rybach ze swoim tatą, lub z powodu żony, która znów wybrała się na zakupy z mamą, nie uzgodniwszy tego najpierw z nami? Kiedy małżeństwo decyduje się podjąć wyzwanie w postaci prawdziwych związków ze swoimi rodzicami, musi mieć narzędzia, dzięki którym będzie umiało zidentyfikować i ukształtować sferę ich wpływów. Muszą rozpoznać i rozbroić emocjonalne miny lądowe, często kryjące się w takiej bliskości. Najlepiej ujął to doktor Lee Salk w swojej książce Familyhood: „Frustracja we własnej rodzinie może sprawić, że chce nam się krzyczeć, ale również zmusza nas do nauczenia się większej dyplomacji, znalezienia sposobów zminimalizowania frustracji i stresów, odrobienia trudnej, lecz wartościowej lekcji cierpliwości i tolerancji”.
